Rafał Kotusiewicz

Niedoszły polonista i były nauczyciel muzyki, zakochany w wiejskim życiu i matematyce. Dla nas? Najlepszy programista na świecie. Tylko nie wyłączajcie mu heavy metalu, bo przestanie programować. My nie wyłączyliśmy i zobaczcie co się stało: razem z kilkoma innymi wariatami z naszego zespołu stworzył bestię, nasz autorski system do tworzenia stron internetowych i zarządzania treścią w Internecie. A! Jeśli kiedyś zaprosicie go do domu, nie podawajcie mu kanapek na balkonie.

Pracuje tylko, kiedy słyszy heavy metal. No dobra, nie tylko heavy metal, ale muzyka musi być. Najlepiej z równym rytmem. – Wchodzę wówczas w tzw. „strefę” i wtedy ja i kod to jedno – mówi Rafał Kotusiewicz.

No właśnie. To już wiadomo, czym zajmuje się Rafał, jest programistą, w branży mówi się: senior developerem. – Kiedy powstawał Inquise, przygotowywałem architekturę, wspomagałem programowanie. Chłopaki wymyślali, co system ma robić, ja z zespołem wymyślałem, jak to należy zaimplementować – mówi Rafał.

Dziś system IDMS już działa, a Rafał tworzy systemy wspomagające INFORMATION DESIRED do rozliczania współpracowników i dzielenia zysków. Nie zatrzymujemy się, więc ciągle jest co robić.

Jakie dotąd dostał najtrudniejsze zadanie? – Yyyy, nie wiem. Jestem z tych ludzi, którzy nie lubią słyszeć słów: „tego się nie da zrobić”, dlatego sam też nigdy ich nie używam. Wychodzę z założenia, że skoro ponad 50 lat temu, mając tylko LISPa, Fortran i 16 KB pamięci udało się wysłać ludzi na Księżyc i z powrotem, to my dziś, mając te wszystkie narzędzia, języki programowania i ogromną ilość RAM w jednej maszynie, jesteśmy w stanie zrobić właściwie wszystko – mówi Rafał. Jak zawsze optymista.

- Jeśli czegoś nie mogę zrobić, zawsze myślę, że na pewno się da, tylko to ja chwilowo jestem zbyt niemądry, żeby to zrobić. Zatem, nie, nie przypominam sobie zadania, któremu nie podołałem (no jakieś były, ale ciiiii…. ). Poza tym jestem przekonany, że Inquise tworzą najlepsi programiści na świecie plus ja. Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych - dodaje.

„Don’t be evil”

Jak długo współpracuje z Tomkiem Kuzakiem? Jest 4 października 2018 roku, Rafał odpowiada: 12 lat 3 miesiące i 20 dni. Precyzja godna senior developera. Wtedy jeszcze nie istniał Inquise, nie było INFORMATION DESIRED, była za to spółka GDP, która dała początek wszystkiemu.

- Spotkaliśmy się w 2006 r. Skończyłem właśnie współpracę z poprzednią firmą, w której byłem project managerem. Nie była to długa przygoda. Odszedłem po sześciu tygodniach. Jak teraz o tym myślę, przychodzi mi do głowy, że niedawno Google, pozbył się jednego ze swoich credo: „don’t be evil”. Znaczy, że teraz pozwalają sobie na to, żeby być złym? No właśnie. Ja w tamtej firmie już na początku pracy zostałem zachęcony do postępowania wbrew mojej etyce. Pomyślałem: „aha! To tak?! Nigdy w życiu!”. Wróciłem do domu, porozmawiałem chwilę z żoną, przygotowałem wypowiedzenie i odszedłem – wspomina Rafał.

Na szczęście dla nas zaczął szukać nowego, ciekawego zajęcia. Programował już 6-7 lat i po prostu wysłał do nas CV. - Siedziba Inquise, wówczas jeszcze GDP, była na warszawskiej Woli, przy ul. Bema. Pojechałem tam na rozmowę, wszystko było ok, ale pomyślałem: „Matko Boska! Chyba nie chcę tak daleko jeździć do pracy”. A mieszkałem na Pradze Południe, czekała mnie więc codziennie daleka wyprawa i to przez centrum miasta. Ale okazało się, że firma planuje się przenieść na Służew. Też było daleko, ale jednak łatwiej. Dogadaliśmy się więc – mówi Rafał.

Odtąd już nikt nie kazał mu być „evil”.

Przez tony książek na wiejskie schody. „Bo kanapka na balkonie to nie to samo”

Jak to się stało, że Rafał w ogóle zajął się programowaniem?

- Będąc w technikum, poznałem przepiękną dziewczynę. Coś tam zaiskrzyło, ale nie że od razu „miłość miłość w Zakopanem”. Miałem 18 lat. Mniej więcej rok później zostaliśmy parą. W tym czasie miałem bardzo nawiedzoną Panią od języka polskiego. Mimo, że to było technikum elektroniczne, mieliśmy sześć godzin języka polskiego i był to równie ważny przedmiot jak miernictwo elektryczne czy układy analogowe. Częściowo tak zaszczepiono we mnie miłość do literatury. Choć właściwie zaczęło się jeszcze wcześniej. Kiedy mój starszy brat zaczął chodzić do podstawówki, ja miałem cztery lata i chciałem robić to co on, więc razem z nim uczyłem się czytać - mówi Rafał.

Kiedy razem z tą piękną dziewczyną kończyli szkołę, wymyślili, że razem pójdą studiować filologię polską. - Mi jeszcze chodziła po głowie psychologia, bo to tak fajnie brzmi, można siedzieć w kawiarni w czarnym swetrze, długie włosy już miałem i zawsze chodziłem z gitarą. Chciałem jej zaimponować, więc myślałem nawet o filozofii. Ostatecznie oboje poszliśmy na filologię. Ta dziewczyna – dziś moja żona – tę filologię skończyła, ja nie. To nie było dla mnie i po dwóch latach rzuciłem studia, żeby zająć się muzyką i zarabianiem pieniędzy – opowiada Rafał.

To zarabianie pieniędzy zaprowadziło go na chwilę do Niemiec, potem do radia, w którym pracował w dziale technicznym, ale z czasem zaczął prowadzić audycje muzyczne, a jeszcze później do szkoły muzycznej, w której zaczął uczyć dzieci gry na gitarze akustycznej i śpiewu.

- Po roku doszedłem do wniosku, że nie da się założyć rodziny z pensji nauczyciela muzyki. Ale nie miałem pojęcia, co z tym zrobić. Któregoś dnia jeden z moich starszych uczniów zapytał, czy pomógłbym mu zrobić jakiś projekt muzyczny w komputerze. Powiedziałem: dobrze, spróbuję, ale nie miałem pojęcia, jak to zrobić. On przywiózł mi komputer, zestaw oprogramowania i zostawił z tym zadaniem. Okazało się, że dałem radę. Potem przyszedł z kolejnym wyzwaniem dla mnie. Poprosiłem o pomoc kolegę z bloku i przy tej okazji wpadł mi w ręce Linux. Zakochałem się w jego prostocie – wspomina Rafał.

Wtedy nikt jeszcze nie potrzebował programistów. Nikt nie przypuszczał, że będzie ich tak bardzo brakowało na rynku, ale strasznie mu się to spodobało. - Pisanie programów okazało się podobne do komponowania muzyki, harmonia, rytm… to wszystko było po mojemu - mówi.

Kupił komputer, wypożyczył tonę książek z biblioteki i oderwał się na kilka miesięcy od świata. - Nauczyłem się programować w języku C i wiosną 2000 roku zacząłem pracować jako programista. Po prostu. Zacząłem zarabiać, spłaciłem komputer i kupiłem więcej książek, zacząłem zarabiać więcej, kupiłem jeszcze więcej książek. I tak to się zaczęło – mówi Rafał.

Z czasem pojawiały się nowe języki programowania. I tak zanim Rafał trafił do nas, programował sterowniki w assemblerze, zrobił być może pierwszy na świecie (na pewno w Polsce) system do zamawiania pizzy online (ale z tego akurat nic nie wyszło, program miał zostać sprzedany, ale to były czasy, kiedy jeszcze zbyt mało ludzi miało komputer), potem był jeszcze system koordynacji telepracy czy praca w dziale eksperymentalnym TVP. W międzyczasie poszedł na zaocznie studia. Dzięki indywidualnemu toku studiów studia inżynierskie z informatyki zajęły mu cztery semestry.

Po drodze zaliczył kilka przeprowadzek: z Piotrkowa do Łodzi, z Łodzi do Warszawy, a po 12 latach w stolicy do Skarżyska Kamiennej. Dlaczego? – Ja jestem mentalnie wieśniakiem. Nie dlatego, że jestem niegrzeczny, ja po prostu kocham wieś, drzewa, trawę, krówki, owieczki i jedzenie śniadania na schodach, pod dwoma wielkimi orzechami. To jednak co innego niż zjeść kanapkę na balkonie w bloku - twierdzi Rafał. I od razu na wszelki wypadek dodaje: Skarżysko to nie wieś, ale jednak wokół mnóstwo zieleni i przaśności, której nie ma w Warszawie.

Konserwatyści w kapeluszach grają Iron Maiden

Rafał to konserwatysta, ale niełatwo się tego domyślić „po okładce”. Choć mieszka na wsi, na co dzień chodzi w motocyklowych butach i kapeluszu. Zresztą kiedy przyjeżdża do Warszawy wygląda dokładnie tak samo. A przyjeżdża, choćby po to, żeby z kolegami z całej Polski zagrać wspólnie kilka kawałków Iron Maiden.

Skąd się wzięła w jego życiu muzyka? - Miałem 9 lat, mój brat miał 12. Zmarł mój Tata. Pomijając tę tragedię, odziedziczyliśmy po nim magnetofon, bo Mama przestała mieć ochotę na słuchanie muzyki. Tym sposobem do naszego małego pokoju trafił Grundig. Razem z nim odziedziczyliśmy też lutownicę, więc oczywiście zaczęliśmy rozbierać ten magnetofon, żeby lepiej grał. Stąd bakcyl, żeby potem zająć się elektroniką, ale wtedy też pojawiła się muzyka. Wykręciliśmy głośniki Babci, komuś jeszcze, z pustych pudełek po proszku IXI zrobiliśmy „kolumny głośnikowe” i odkryliśmy, że w radio puszczają fajną muzykę. Miałem 10, może 11 lat, kiedy poznałem The Police. Potem pojawił się The Cure, a potem to już Accept – heavy metalowy zespół, który kocham do dziś – mówi Rafał.

Ozzy Osbourne, Black Sabath, Bob Marley, Eric Clapton, Bon Jovi – przepadł w tych dźwiękach na zawsze. Ale to Frank Zappa sprawił, że sam chwycił za gitarę. Kolejne godziny, dni, tygodnie mijały na nauce gry. Nie, to wcale nie było proste. Rafał uczy się przez czytanie, nie przez słuchanie. Natura mu nie pomagała. Ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

W tym miejscu wypadałoby napisać o jego kolejnej wielkiej miłości – literaturze. Ale opisanie jej krótko byłoby zbrodnią przeciwko Rafałowi. Lepiej zamilknąć. Rafał czyta nawet 100 książek rocznie. Jak go kiedyś spotkacie, pewnie chętnie Wam opowie o ulubionych, tych, które go zjadły, przeżuły i wypluły nosem. Tylko upewnijcie się wcześniej, że ma macie wolne najbliższe trzy dni.